Jeżeli zapytalibyście mnie o
najpiękniejsze chwile w moim życiu, bez wahania odpowiedziałabym, że większość
z nich to te związane z piłką nożną, z Liverpoolem. Wczorajszy dzień należał do
takich, a myśląc o nim mam łzy w oczach. To ci, którzy sprawiają, że magia footballu istnieje, każdy kibic z
Polski, z całego świata, ten, który był wczoraj na Anfield, każdy zawodnik
drużyny, klubu czynią z mojej pasji coś pięknego, coś nie do opisania i coś,
dla czego warto żyć i w czym warto szukać sensu życia. We love you Liverpool,
we do!
Jadąc wczoraj do pubu EFC w Krakowie, właściwie nie wiedziałam,
czego oczekiwać. Wiedziałam, że będzie nas Kibiców więcej niż do tej pory, gdy miałam
okazję oglądać tam mecze. Marzyły mi się wspólne krzyki, śpiewanie, radość.
Dostałam więcej niż oczekiwałam.
Od początku można było wyczuć napięcie, nie ma co się dziwić,
chyba najważniejszy mecz w sezonie, którego wygrana dawała najrealniejsze
szanse na mistrzostwo. Byłam strasznie zdenerwowana, trzęsły mi się ręce,
powiedziałabym nawet, że dostałam gorączki, paliły mi się policzki. Magiczne You’ll never walk alone, minuta ciszy ku
czci 96 ofiar tragedii na Hillsborough. Jak każdy bał się głośno zaśpiewać hymn
Liverpoolu i tylko nieśmiało pojękiwał pod nosem, tak z pierwszym gwizdkiem
wszystko się zmieniło. Niesamowite emocje, niesamowita atmosfera wzięły górę.
Krzyki, klaski, śmiech, przekleństwa, radość, poddenerwowanie. W takich
momentach czujesz w powietrzu jak wytwarza się między ludźmi więź, magiczne
prawda?
Nagle całkowicie obcy Tobie ludzie stają się Twoimi braćmi. Mecz
grał na nerwach, po pierwszej wspaniałej połowie, w której gospodarze
całkowicie stawiali warunki gry i panowali nad piłką, przyszła druga i
wyrównany wynik, który na dobre 20 minut przybił chyba każdego kibica
Czerwonych. I znowu można powołać się na słowa, które tak często są teraz
wiązane z Liverpoolem „Anything is possibile for those who believe” czy „Make
us dream”. Myślę, że to właśnie marzenia kibiców i zawodników płynące prosto
z serc przełożyły się na zwycięskiego gola, który na nowo wzburzył czerwoną
krew w naszych żyłach. A łzy naszego wspaniałego Kapitana po końcowym gwizdku wyraziły
więcej niż wszystkie wypowiedziane dotąd słowa, on sam zaczął wierzyć, a za nim
poszły tłumy i każdy już wie, że Liverpoolu nic już nie zdoła powstrzymać.
To jest kluczowa magia footballu, nie tylko wyczyny
piłkarzy na murawie, ale jak to, co się dzieje na boisku wpływa na ludzi na
trybunach czy przed telewizorem. Jak te cudowne emocje potrafią spajać w jedną
całość wszystkie całkowicie różne od siebie dusze. A uwierz mi, żaden inny
klub nie łączy tak kibiców jak Liverpool. I chociażby za to warto bezgranicznie
kochać ten klub.


Ojj, to był mecz!
OdpowiedzUsuńŻyczę wytrwałości w blogowaniu :)