poniedziałek, 21 kwietnia 2014

You’ll never walk alone

"There's not one club in Europe with an anthem like You'll Never Walk Alone. There's not one club in the world so united with their fans. I sat there watching the Liverpool fans and they sent shivers down my spine."
~ Johan Cruyff

Niewiele znam pieśni, które wywołują we mnie tak wielkie emocje. Słów, którymi wielu mogłoby zacząć się kierować, a którymi wielu z nas już się kieruje. Idź przez burzę z wysoko podniesioną głową, nie bój się ciemności, na końcu jest złote niebo.

You’ll never walk alone znaczy dla nas coś więcej, oznacza pasję, przyjaźń, jedność. Tworzy między nami emocjonalną więź, czyni z nas rodzinę. Taką, w której można na sobie polegać. Bo właśnie to według mnie mówią te słowa. Nigdy nie będziesz szedł sam, są obok Ciebie ludzie tacy jak Ty. Pełni nadziei. Z którymi łączy Cię miłość do czerwonych barw.

Jak każda piosenka, tak samo i ta ma swoją historię. Została napisana przez Richarda Rodgers  i Oscara Hammerstein II na potrzeby musicalu „Carousel”. Była wielokrotnie coverowana, także przez wielkie gwiazdy estrady jak Elvis Presley, Frank Sinatra czy Louis Armstrong. Jednak w Wielkiej Brytanii największą popularność zdobyła wersja w wykonaniu Gerry and the Pacemakers. Będąc w latach 60. na listach przebojów, You’ll never walk alone było często grane podczas meczów na Anfield. Wpadająca w ucho melodia szybko podbiła serca kibiców. Jak to się stało, że została tam na stałe? Otóż, podczas jednego z meczy, piosenka nie została puszczona, wtedy kibice sami zaczęli ją śpiewać.

Od tego momentu utwór stał się hymnem Liverpoolu i zawsze jest śpiewany podczas rozgrywek na rodzimej murawie. Słowa "You’ll Never Walk Alone" znajdują się także na ozdobnej Shankly's Gate, która jest również jednym z kluczowych elementów herbu.

Mało kto wie, że gitarzysta zespołu Queen zainspirował się You'll never walk alone przy tworzeniu jednej z najpopularniejszych piosenek zespołu. Wywarła ona wielkie wrażenie na Brianie May’u, gdy fani zaintonowali ją na jednym z koncertów. Nazajutrz obudził się z We will rock you w głowie.

You’ll never walk alone stało się poniekąd symbolem dwóch najważniejszych wydarzeń w historii Liverpoolu. Najstraszniejszego i najpiękniejszego.
15 kwietnia 1989 roku, 96 kibiców nigdy nie wróciło do domu. YNWA śpiewane w hołdzie dla ofiar, nie raz po tej tragedii w bardzo emocjonalny sposób przypomniała światu, że są rzeczy po prostu ważniejsze od piłki nożnej.
Jest rok 2005. Liverpool przegrywa z Milanem 0-3 w finale Ligi Mistrzów. Gdy dla wielu mecz był już przesądzony, kibice The Reds udowodnili zawodnikom bezwarunkową wiarę. W przerwie między połowami You’ll never walk alone odbiło się echem po stadionie. I zdarzył się cud.

When you walk through a storm,
Hold your head up high,
And don't be afraid of the dark.
At the end of a storm,
There's a golden sky,
And the sweet silver song of a lark.
Walk on through the wind, walk on throught the rain,
Though your dreams be tossed and blown.
Walk on, walk on, with hope in your heart,
And you'll never walk alone. You'll never walk alone.
Walk on, walk on, with hope in your heart,
And you'll never walk alone.
You'll never walk alone.

Nie musisz być kibicem Liverpoolu, aby Twoje serce zadrżało słysząc te słowa. Śpiewane przez tysiące kibiców stają się swoistym rytuałem, okrzykiem wojennym, nawołującym do dania z siebie dwustu procent. You'll never walk alone oszałamia i wzbudza strach rywali. A wszystkim związanym z Liverpoolem uświadamia, że są wartości, za które warto walczyć do samego końca, którymi warto się kierować i pielęgnować w swoim sercu. Oznacza, że kibicem się jest a nie bywa. W każdych dobrych i złych momentach.



piątek, 18 kwietnia 2014

Liverpoolu potyczki z United

To historia stara jak świat, że czerwonego z czerwonym lepiej nie mieszać. Derby północno-zachodniej Anglii zawsze budziły i będą budzić wielkie emocje. Często zadajemy sobie pytanie - dlaczego ten mecz ma czasem większe znaczenie niż derby Liverpoolu z Evertonem czy Manchesteru United z City?


Ziarenka goryczy

Pewnie niewielu neutralnych kibiców wie, że konflikt między miastami miał swój początek w gospodarce.

Zza oceanu do Anglii wielkimi promami spieszyły
Surowce, co materiałami produkcyjnymi były
Port wspaniały w Liverpoolu był drogą jedyną
Tam po towary biegli wzgórzem i doliną
Aż w Merseyside podatki poczęły być nakładane
I tak oto ziarenka goryczy zostały zasiane
Manchester musiał swój port wybudować
Dużo kasiory w ten cel inwestować
To jeden z powodów, jest także i drugi
Manchester słynął z bawełnianej usługi
Pan z Liverpoolu co za dnia w garniturze chadzał
„fizyczna praca i bród to hańba” tak zwykle uważał
I za to w odwecie zostali nazwani -
Scousers, bo gulasz rybny wpieprzali


Let the games begin

Konflikt jest jak choroba zakaźna, która zajmuje kolejne aspekty codziennego życia. Trudno się zatem dziwić, że dosięgnął on także sportu. Jak powszechnie wiadomo są to dwa najbardziej utytułowane kluby w Anglii. Nic więc dziwnego, że walczą o dominację na Wyspie. W klasyfikacji tytułów wciąż górowali The Reds, chociaż Sir Alex przez lata próbował strącić Liverpool z ich pieprzonej grzędy. I w końcu mu się udało, w tym momencie Man United ma 20 tytułów mistrzowskich w porównaniu do 18 Liverpoolu.

Chyba nic tak bardzo nie boli, jak ukochany zawodnik zmieniający barwy i przywdziewający koszulkę największego wrogą. I choć w historii było paru zawodników, którzy robili to bezpośrednio, to jednak transfer Michaela Owena na Old Trafford wywołał wśród kibiców Liverpoolu największy niesmak. Mimo, że w momencie dołączania do United od 5 lat nie był już zawodnikiem The Reds, podczas pierwszego meczu na Anfield otrzymał solidną porcję gwizdów.
Sami piłkarze często nie darzą się miłością. Wayne’a Rooneya wychowywano w nienawiści do Liverpoolu, a konflikt Suareza z Evrą przerodził się w wielką futbolową aferę. Urugwajczyk zapłacił za nią ośmioma meczami przerwy. Po każdych kolejnych rozgrywkach przeciwko sobie wciąż trwają spekulacje, który z nich nie chciał uścisnąć dłoni drugiemu.


         Kibic kibicowi do gardła wciąż skacze

Oczywiście na sportowej rywalizacji zakończyć się nie mogło. Kibiców obu tych drużyn lepiej nie sadzać przy jednym stole. Broń Boże by wspólnie oglądali mecz. Kłócić się mogą całymi godzinami, a kolejnym docinkom chyba nigdy nie będzie końca. W tym sezonie ciężko usłyszeć od kibiców United „odwróć tabele, Liverpool na czele” a ich aktywność na portalach społecznościowych znacznie opadła. Natomiast kibice Liverpoolu nie pozostają dłużni za ostatnie lata i nie kryją swojego zadowolenia z tegorocznej pozycji Manchesteru.



Osobiście bardzo mocno przeżywam każde potyczki Liverpoolu z Manchesterem United. Oglądając mecz zawsze liczę na dobre widowisko, mimo że czasem modlę się w duchu o kontuzję Rooneya. Staram się nie przekładać niechęci do Czerwonych Diabłów w życie prywatne i nie oceniać z góry ich kibiców. Męża jednak wśród nich raczej szukać nie będę..


środa, 16 kwietnia 2014

96 of us

"Little things make big things happen".

Te słowa doskonale odzwierciedlają skromny gest 96 polskich kibiców. Wspólnie postanowili uczcić pamięć ofiar tragedii, która miała miejsce 25 lat temu. Efektem jest ten oto wspaniały kolaż (zmontowany przez http://facebook.com/ziajalfc), który pokazuje jak niewiele trzeba aby zrobić coś pięknego. Jestem dumna, że mogłam wziąć w tym udział. 





poniedziałek, 14 kwietnia 2014

they made us dream

Jeżeli zapytalibyście mnie o najpiękniejsze chwile w moim życiu, bez wahania odpowiedziałabym, że większość z nich to te związane z piłką nożną, z Liverpoolem. Wczorajszy dzień należał do takich, a myśląc o nim mam łzy w oczach. To ci, którzy sprawiają, że magia footballu istnieje, każdy kibic z Polski, z całego świata, ten, który był wczoraj na Anfield, każdy zawodnik drużyny, klubu czynią z mojej pasji coś pięknego, coś nie do opisania i coś, dla czego warto żyć i w czym warto szukać sensu życia. We love you Liverpool, we do!


Jadąc wczoraj do pubu EFC w Krakowie, właściwie nie wiedziałam, czego oczekiwać. Wiedziałam, że będzie nas Kibiców więcej niż do tej pory, gdy miałam okazję oglądać tam mecze. Marzyły mi się wspólne krzyki, śpiewanie, radość. Dostałam więcej niż oczekiwałam.
Od początku można było wyczuć napięcie, nie ma co się dziwić, chyba najważniejszy mecz w sezonie, którego wygrana dawała najrealniejsze szanse na mistrzostwo. Byłam strasznie zdenerwowana, trzęsły mi się ręce, powiedziałabym nawet, że dostałam gorączki, paliły mi się policzki. Magiczne You’ll never walk alone, minuta ciszy ku czci 96 ofiar tragedii na Hillsborough. Jak każdy bał się głośno zaśpiewać hymn Liverpoolu i tylko nieśmiało pojękiwał pod nosem, tak z pierwszym gwizdkiem wszystko się zmieniło. Niesamowite emocje, niesamowita atmosfera wzięły górę. Krzyki, klaski, śmiech, przekleństwa, radość, poddenerwowanie. W takich momentach czujesz w powietrzu jak wytwarza się między ludźmi więź, magiczne prawda?
Nagle całkowicie obcy Tobie ludzie stają się Twoimi braćmi. Mecz grał na nerwach, po pierwszej wspaniałej połowie, w której gospodarze całkowicie stawiali warunki gry i panowali nad piłką, przyszła druga i wyrównany wynik, który na dobre 20 minut przybił chyba każdego kibica Czerwonych. I znowu można powołać się na słowa, które tak często są teraz wiązane z Liverpoolem „Anything is possibile for those who believe” czy „Make us dream”. Myślę, że to właśnie marzenia kibiców i zawodników płynące prosto z serc przełożyły się na zwycięskiego gola, który na nowo wzburzył czerwoną krew w naszych żyłach. A łzy naszego wspaniałego Kapitana po końcowym gwizdku wyraziły więcej niż wszystkie wypowiedziane dotąd słowa, on sam zaczął wierzyć, a za nim poszły tłumy i każdy już wie, że Liverpoolu nic już nie zdoła powstrzymać.
To jest kluczowa magia footballu, nie tylko wyczyny piłkarzy na murawie, ale jak to, co się dzieje na boisku wpływa na ludzi na trybunach czy przed telewizorem. Jak te cudowne emocje potrafią spajać w jedną całość wszystkie całkowicie różne od siebie dusze. A uwierz mi, żaden inny klub nie łączy tak kibiców jak Liverpool. I chociażby za to warto bezgranicznie kochać ten klub.